Edukacja powinna być przewidywalna

Centralizacja i chaos w szkole

slawomir-broniarz

Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego (ADAM STĘPIEŃ)

Edukacja powinna być przewidywalna. A dziś dziecko idące do szkoły nie wie, co je czeka – mówi Sławomir Broniarz*, prezes ZNP

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Justyna Suchecka: Czy nauczyciele będą protestować przeciw reformieedukacji?

Sławomir Broniarz: Na pewno zainteresowani protestem są nauczyciele gimnazjów. To oni zadają sobie pytanie, czy będzie dla nich w ogóle miejsce w nowym systemie oświaty.
Ilu z nich straci pracę?
– Patrzę na to w skali makro. Szanse na znalezienie pracy, ale teoretyczne, ma dwie trzecie nauczycieli z tych 100 tys., którzy w gimnazjach pracują. Jedna trzecia z nich będzie miała ogromne trudności w znalezieniu pracy. Liczymy na pomoc samorządów. Trzecia klasa gimnazjum trafi do liceów. Ale tam już są nauczyciele i według naszych szacunków ok. 30 tys. z nich ma niepełny etat. To element, który sprawi, że raczej nauczyciele licealni będą dostawali brakujące godziny, niż dyrektorzy będą zatrudniać nowych.
Po drugie, model wynagradzania nauczycieli powoduje, że samorządy są bardziej zainteresowane godzinami ponadwymiarowymi niż dodatkowymi etatami. To się bardziej opłaca.Nie wiemy też, jak będzie się kształtowała siatka godzin i jakie przedmioty będą w szkole podstawowej, a jakie w szkole średniej i w jakim wymiarze. Nie wiadomo, kto tak naprawdę może liczyć na pracę w innej szkole.
Ktoś poza nauczycielami gimnazjalnymi jest zagrożony?
– Nie możemy pomijać nauczycieli z zasadniczych szkół zawodowych. Według planu pani minister te szkoły mają zniknąć – pozostaną technika i powstaną szkoły branżowe pierwszego oraz drugiego stopnia. A skoro znika szkoła zawodowa, to branżowa, która powstaje w jej miejsce, jest odrębnym zakładem pracy. Przechodzenie z jednego zakładu do drugiego nie jest poddane jurysdykcji ministra edukacji narodowej, ale organu prowadzącego. Minister nie może obiecać, jak to robi, że nikt nie straci pracy.
Pan jest pewien, że będą zwolnienia?
– Jeśli minister dokona cudu ekonomicznego i społeczno-politycznego i nikt z nauczycieli nie straci pracy, gotowy jestem z bukietem kwiatów pójść i przeprosić, pogratulować sukcesu. Ale patrząc na to, co się dzieje, wiem, że żadna kwiaciarnia na mnie nie zarobi.
Można nauczycieli uratować?
– Musielibyśmy zmienić paradygmat zawodu nauczyciela. To nie tylko szkoła, to także wsparcie wychowawcze, wsparcie rodziny. Jeśli byśmy w tym kierunku poszli, szukali pracy w instytucjach zajmujących się tą problematyką, a minister edukacji zaczęłaby szerzej współpracować z ministrami pracy oraz gospodarki, to może łatwiej byłoby się tymi nauczycielami zająć. Póki co powtórzę: minister edukacji nie jest pracodawcą nauczycieli, a samorządów nie może zmusić do dawania im pracy.
Ale mógłby być ich pracodawcą tak jak na Węgrzech.
– Węgrzy totalnie to skrytykowali. Choć obawiam się, że to jest ten kierunek – centralizacji i monopolizacji szkoły. To tendencja, która zaczyna się u nas pojawiać. Groźna dla szkół, także społecznych, autonomii nauczycielskiej, mobilności lokalnych społeczeństw, dla małych szkół prowadzonych przez fundacje i stowarzyszenia. To też niebezpieczne z punktu widzenia treści wychowawczych.
A może pan protestuje tylko ze względu na miejsca pracy?
– Nie. Związek jest przeciwko bałaganowi i chaosowi w edukacji. Powtarzam od lat, że edukacja powinna być przewidywalna. A dziś dziecko idące do szkoły nie wie, co je czeka. Szóstoklasista nie wie, czy pójdzie do gimnazjum, czy zostanie w tej samej szkole, czy może gdzieś go przerzucą. Chaos jest widoczny gołym okiem.
A co ma zrobić uczeń, który ma powtarzać klasę w gimnazjum? Co mu zaproponujemy? A co z podręcznikami do siódmej klasy? Napisanie dobrego podręcznika jest możliwe w krótkim czasie, ale to musi być skorelowane z podstawą programową, której nie ma.
Jak się skończyło zostawienie sześciolatków w przedszkolach?
– Dokładniejsze dane pojawią się 6 września. Jest lepiej, niż szacowaliśmy, ale nie dzięki pani minister. To samorządy robiły wiele, by znaleźć miejsca pracy dla nauczycieli wczesnoszkolnych. Bardzo dobrym przykładem jest Gdynia. Tam znaleziono pracę dla ok. 740 nauczycieli. Władze miasta wraz z ZNP indywidualnie rozpatrywały historię każdego z nich. To rzecz chwalebna.

PiS jednak ma sukces: pierwszy raz związkowcy i samorządowcy mówią jednym głosem.
– Jestem realistą. Dziś ZNP jest cennym sojusznikiem nie tylko samorządów, ale też partii politycznych. Natomiast dla nas rzeczą ważną jest, byśmy nie byli osamotnieni w próbie przekonania opinii publicznej, że to, co serwuje nam rząd, jest szkodliwe z punktu widzenia całej szkoły – dziecka, rodzica, nauczyciela, samorządu. Cieszę się, że wspiera nas cała masa organizacji pozarządowych.
Zrobiliście sondę, z której wynika, że 30 proc. nauczycieli zmiany się podobają.
– Nie dziwi mnie, że jest grupa, która kontestuje poczynania związku, a wspiera resort edukacji. Mają do tego prawo. Ale chciałbym, by ta grupa spróbowała spojrzeć trochę dalej niż na swoje miejsce pracy. Najczęściej reformę popierają nauczyciele w liceach, bo oni dostaną dodatkowy czas i pracę. Ale powinni szerzej spojrzeć na rolę szkoły, zadania, które przed nią stoją. Nikt z nauczycieli nie może się czuć bezpiecznie. Znam dyrektorów podstawówek, którzy chętnie wymienią swoich nauczycieli na gimnazjalnych, bo w ich okolicy ci drudzy są po prostu lepsi.
Pierwsze zmiany odczujemy w tym roku. Nie będzie bezpłatnych godzin karcianych, które nauczyciele musieli poświęcać na zajęcia dodatkowe z uczniami.
– Likwidacja godzin karcianych to przykład, jak minister umiejętnie manewruje nastrojami nauczycielskimi. Odpowiedziała pozytywnie na ich zapotrzebowanie, ale jednocześnie wprowadziła zamęt. Zostawiła kwestię dodatkowych zajęć i ich opłacania na pastwę losu. Po zmianie przepisów są takie rejony kraju, gdzie dwie godziny sprzed reformy, które nauczyciele poświęcali uczniom, zamieniły się w 14 godzin, a nawet w 40. Bo wcześniej dyrektor mógł przydzielić nauczycielowi tylko dwie godziny w tygodniu, teraz większość uważa, że nie ma ograniczeń. Interweniujemy w takich przypadkach.

Czy po likwidacji tych godzin będą szkoły bez zajęć dodatkowych dla dzieci?
– Zajęcia powinny być. To zadanie dyrektora szkoły, on musi je zorganizować. Rodzice mają prawo wymagać od samorządu, by zajęcia były. A rolą samorządu jest zadbanie, żeby były na ten cel pieniądze. Samorządy dość biernie zachowywały się na początku roku, gdy trzeba było wyrazić opinię na temat godzin karcianych, nie były w stanie wynegocjować z rządem pieniędzy. Odzywały się, ale za słabo: był to raczej pisk, a nie krzyk rozpaczy, że będą musiały te 2 mln godzin, bo tyle było godzin karcianych, jakoś opłacić. To teraz będą cierpieć.
Od września wzmocniona zostaje rola kuratora przy wyborze dyrektorów szkół.
– To, co pani minister zrobiła, jest w jakiś sposób odpowiedzią na oczekiwania ZNP. Chcieliśmy wzmocnienia kuratoriów, ale nie w tym miejscu. Minister dość sprytnie, modernizując ustawę, wprowadziła gwarancję, że nawet tam, gdzie niekoniecznie PiS ma polityczną przewagę, lokalni politycy przy udziale kuratora będą w stanie osadzić swoich dyrektorów. Natomiast nie zrobiła nic, jeśli chodzi o faktyczną zmianę w wyłanianiu kadry kierowniczej. To element centralizacji. I dowód, że ten model jest drogowskazem dla poczynań rządu. f
*Sławomir Broniarz – 58 lat. Pracował jako nauczyciel historii, był wicedyrektorem szkoły podstawowej, a potem dyrektorem zespołu szkół zawodowych w Skierniewicach. W ZNP od 1981 r., od 1998 r. jego